4 czerwca Węgrzy obchodzili Dzień Jedności Narodowej. To święto państwowe upamiętniające podpisanie bolesnego dla Węgrów traktatu z Trianon, które zostało ustanowione 10 lat temu przez sprawujące władzę ugrupowanie Viktora Orbana. W tym roku przypadła setna rocznica Trianon. Podczas państwowych uroczystości węgierski premier oficjalnie odsłonił pamiątkowy pomnik, a wcześniej opublikował na swoim profilu w mediach społecznościowych globus z zaznaczonym konturem mapy „Wielkich Węgier”, czyli państwa węgierskiego w granicach sprzed 1920 r. Spotkało się to z nerwową reakcją państw sąsiedzkich.

W wyniku traktatu podpisanego 4 czerwca 1920 r. we francuskim Trianon państwo węgierskie utraciło ponad połowę ludności i ok. 2/3 terytorium, które zostało przyłączone do państw sąsiednich: Rumunii, Czechosłowacji, Jugosławii, Austrii, Polski oraz Włoch. Trianon to największa trauma w zbiorowej świadomości Węgrów. Według badania opinii publicznej z początku 2020 r. aż 83 proc. Węgrów uważa, że podpisanie tego traktatu było największą tragedią w historii kraju. Co więcej, 54 proc. Węgrów uważa, że nigdy nie należy pogodzić się z ustaleniami traktatu, który zakończył dla Węgier I wojnę światową.

 

„Jedność narodu węgierskiego”

Sprawa odzyskania utraconych terytoriów oraz „połączenia rozdzielonego narodu węgierskiego” w okresie dwudziestolecia międzywojennego stanowiła jeden z głównych wątków w polityce Budapesztu, który planował zbrojne zajęcie utraconych terytoriów. Pragnienie odwetu na państwach ościennych i odzyskania terytoriów było w politykach węgierskich tak wielkie, że władze poszukiwały poparcia idei rewizji ustaleń traktatowych najpierw u włoskiego faszystowskiego dyktatora Benito Mussoliniego, a następnie u samego Adolfa Hitlera. Zresztą dzięki wsparciu nazistowskiej III Rzeszy w latach 1938-1941 Węgrzy odzyskali sporą część ziem utraconych po I wojnie światowej. Musieli jednak za to zapłacić cenę podporządkowania się nazistowskim Niemcom. Należy pamiętać, że 2. Armia Węgierska na froncie wschodnim walczyła ramię w ramię z niemieckim Wehrmachtem (de facto połowa z 250 tys. węgierskich żołnierzy zginęła w walkach lub została ranna). Ponadto w 1944 r. kilkaset tysięcy węgierskich Żydów wywieziono i zamordowano w niemieckich obozach zagłady. Nie może więc dziwić, że Armia Czerwona, która pod koniec wojny wkroczyła do Budapesztu była wyjątkowo brutalna wobec Węgrów. Postrzegał ich bowiem jako kolaborantów zbrodniczego reżimu Adolfa Hitlera.

Obecnie sprawa traktatu z Trianon jest znów intensywnie wykorzystywana przez węgierskich polityków, którzy doskonale zdają sobie sprawę, że na resentymentach mogą zbić poważny kapitał polityczny. W propagowaniu idei „wielkich Węgier” czy jedności narodu węgierskiego ponad granicami upatrują oni szansą na wpływanie na emocje narodowe wyborców. Co ciekawe jednak, od samego początku w rozsiewaniu propagandy opartej na micie Trianon przodowały ugrupowania skrajnie prawicowe, posądzane o niejasne powiązania z Kremlem.

 

Trianon – polityczna maczuga

Traktat z Trianon zajmuje ważne miejsce w nacjonalistycznej propagandzie Fideszu, czyli partii Viktora Orbana. Już w 2010 r. podczas pierwszego posiedzenia parlamentu po wygranych wyborach Fidesz przegłosował ustanowienie 4 czerwca Dniem Jedności Narodowej. Wówczas też do węgierskiego ustawodawstwa wpisano pojęcie „jedności narodowej”, obejmujące także osoby węgierskiego pochodzenia mieszkające poza granicami Węgier. Dwa lata później pojęcie „jedności narodu węgierskiego” znalazło się w nowo uchwalonej konstytucji.

Według wizji świata prezentowanej przez Fidesz najważniejsza jest obrona suwerenności kraju i jego interesów, które są stale narażone na zagrożenia zewnętrzne, reprezentowane przez państwa ościenne, Unię Europejską, Stany Zjednoczone, instytucje i organizacje międzynarodowe oraz imigrantów. To wizja bardzo podobna do narracji prezentowanej przez proputinowski Jobbik, według którego UE to organizacja upadająca i manipulowana przez USA, a alternatywą dla niej ma być Rosja wraz z Unią Euroazjatycką.

Na początku czerwca – podczas obchodów 100-lecia podpisania traktatu z Trianon – Viktor Orban znów postanowił zagrać tą kartą, jednocześnie odsłaniając swoje nacjonalistyczne oblicze. Na monumentalnym pomniku, który został odsłonięty podczas uroczystości, wypisano nazwy wszystkich miejscowości wchodzących w skład Królestwa Węgier przed 1920 r., także tych, które dzisiaj znajdują się już w krajach sąsiednich. Co więcej, sam Viktor Orban miesiąc wcześniej opublikował na swoim profilu na Facebooku zdjęcie globusa z zaznaczonym terytorium „Wielkich Węgier”.

– Zachód zgwałcił tysiącletnie granice i historię Europy Środkowej. Zmusili nas do życia między niemożliwymi do obrony granicami, pozbawili nas naturalnego skarbu, oddzielili od naszych zasobów i skazali na śmierć w naszym kraju. Nigdy nie zapomnimy, że to zrobili – w przemówieniu podczas uroczystości państwowych zaznaczył Viktor Orban.

W przemówieniu zresztą Orban powiedział także, że świat czekają „wielkie zmiany”. W jego ocenie Stany Zjednoczone już nie są jedynym mocarstwem, Eurazja się rozwija, a Unia Europejska boryka się problemami. „Rodzi się nowy porządek”, oświadczył węgierski premier.

Taka narracja narzucona przez premiera Węgier wzbudziła zaniepokojenie, przede wszystkim w krajach sąsiedzkich, ale nie tylko. W światowych mediach pojawiło się wiele artykułów, krytycznie ustosunkowujących się do polityki szefa rządu w Budapeszcie. Niektóre z nich zarzucają Orbanowi lekceważenie zapisów Karty Narodów Zjednoczonych oraz reguł Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie i prawa międzynarodowego, na gruncie których uznawana jest suwerenność, niezależność i integralność terytorialna państw.

– Przez te wszystkie lata [uprawiania nacjonalistycznej propagandy przez lidera Fideszu – przyp. ES] wielokrotnie zwracaliśmy uwagę na polityczne oświadczenia pochodzące z Budapesztu, które były bardzo obraźliwe dla Rumunii – w rozmowie z BBC powiedział były minister spraw zagranicznych Rumunii Titus Corlatean.

Warto w tym kontekście przypomnieć, że zgodnie z art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE) państwo członkowskie UE może zostać wykluczone z Unii w konsekwencji łamania prawa międzynarodowego. Prasa w krajach sąsiadujących z Węgrami zwraca uwagę, że rządy „porządku ponad prawem” zamiast rządów „prawa i porządku” nie mogą być tolerowane we współczesnej Europie. Orban jest wręcz porównywany do filipińskiego dyktatora Rodriga Duterte czy prezydenta Rosji Władimira Putina. Z drugim skądinąd łączą Orbana niezwykle ciepłe stosunki, o czym więcej piszemy w dalszej części artykułu.

Wiele ośrodków analitycznych specjalizujących się w tematyce Europy Środkowej wskazuje, że nacjonalistyczna polityka uprawiana przez węgierski rząd nie służy umacnianiu europejskich więzi. Wprawdzie Węgry podpisały ze swoimi sąsiadami umowy o dobrym sąsiedztwie, ale utrzymywanie atmosfery ciągłego napięcia, nieufności i oskarżeń w relacjach z państwami ościennymi (Rumunią, Ukrainą, Serbią, Słowacją, Słowenią, Chorwacją) w zupełności pokrywa się z intencjami Kremla, którego główny lokator od wielu lat przy wykorzystaniu wielu instrumentów (w tym propagandy, służb specjalnych czy wspieranych partii politycznych) dąży do dzielenia i skłócania państw europejskich, żeby w ten sposób rozsadzać i osłabiać Unię Europejską od środka.

Szczególnie drażliwa dla państw sąsiednich jest kwestia „jedności narodu węgierskiego”. Przybrała ona konkretną postać na gruncie prawa węgierskiego, które ułatwia przyznawanie obywatelstwa Węgier ludziom mieszkających poza granicami państwa. Jest to oferta rządu Orbana skierowana przede wszystkim do potomków Węgrów, którzy w wyniku ustaleń traktatu z Trianon znaleźli się poza terytorium nowych Węgier.

Według dostępnych informacji już ponad 700 tys. obywateli państw sąsiedzkich uzyskało obywatelstwo węgierskie. Ponadto Węgry sporo inwestują w społeczności mieszkające poza granicami, zwłaszcza te z państw ościennych. Pieniądze lokowane są przede wszystkim w różnych instytucjach, fundacjach i organizacjach wspierających kulturę i tożsamość węgierską. W ten sposób polityka Węgier bezpośrednio powoduje ostre podziały na tle etnicznym i kulturowym w krajach sąsiednich. Te zaś przekładają się na pogorszenie relacji politycznych z tymi państwami, które – często nieoficjalnymi kanałami – oskarżają Węgry o nacjonalizm i destabilizację ich społeczeństw.

 

Węgry – prorosyjskie lobby w Europie?

Zachodnie ośrodki analityczne i publicyści zwracają uwagę, że Orban swoimi posunięciami politycznymi często stosuje taktykę charakterystyczną dla zagrywek Władimira Putina wobec państw bałtyckich, Ukrainy, Mołdawii, Gruzji czy Białorusi. Na marginesie warto odnotować bardzo niepokojące zachowanie skrajnej prawicy węgierskiej (partii Jobbik) po 2014 r., kiedy Rosja dokonała zbrojnej napaści i nielegalnej aneksji Krymu, łamiąc prawo międzynarodowe i naruszając integralność terytorialną Ukrainy. Po tych wydarzeniach przedstawiciele Jobbiku niezwykle nasilili rewizjonistyczną retorykę w stosunku do Ukrainy. Należy też podkreślić, że kilku polityków tej partii w roli obserwatorów przebywało na Krymie, kiedy Rosjanie przeprowadzali tam nielegalne referendum dotyczące przyłączenia półwyspu do Federacji Rosyjskiej. Ukraina z resztą wprowadziła zakaz wjazdu na swoje terytorium dla działaczy Jobbiku, m.in. dla jej skarbnika i europosła Beli Kovacsa, który zresztą później, już jako europoseł, został oskarżony o szpiegostwo na rzecz Rosji. Według węgierskiej prokuratury jako eurodeputowany miał on prowadzić działalność wywiadowczą w instytucjach unijnych i przekazywać zdobyte informacje stronie rosyjskiej, o czym będzie jeszcze mowa poniżej.

Prorosyjskie postawy w kontekście agresji na Ukrainę prezentowali także inni działacze Jobbiku. Przykładowo, w listopadzie 2014 r. Marton Gyöngyösi i Adrienn Szaniszlo pojechali jako „obserwatorzy” na nielegalne separatystyczne wybory do okupowanej przez rosyjskie wojsko i siły prorosyjskie części Donbasu. Z kolei w czerwcu tego samego roku delegacja Jobbiku była w Moskwie, gdzie szukała poparcia dla utworzenia na ukraińskim Zakarpaciu węgiersko-rusińskiej autonomii. Należy przy tym pamiętać, że przyłączenie Zakarpacia do Węgier oferowali Orbanowi rosyjscy projektanci agresji na Ukrainę i aneksji Krymu, m.in. Władimir Żyrinowski. Ponadto sam Aleksander Dugin, czołowy ideolog neoimperialnej polityki Federacji Rosyjskiej i jeden z bliskich doradców Władimira Putina, jest zwolennikiem rozbioru Ukrainy na kilka części, przy czym w jego koncepcji Zakarpacie miałoby zostać przyznane właśnie Węgrom.

Węgierska skrajnie prawicowa partia Jobbik od samego początku jest zresztą przeciwna sankcjom, które Unia Europejska nałożyła na Rosję po napaści na Ukrainę. Negatywnie wypowiada się także o wzmacnianiu wojskowym wschodniej flanki NATO (Jobbik potępił np. ustalenia szczytów NATO w Newport i w Warszawie). Co więcej, partia ta proponowała, aby Węgry ogłosiły neutralność konflikcie rosyjsko-ukraińskim. W 2014 r. media obiegła też informacja o incydencie, który miał miejsce w Parlamencie Europejskim. Kovacs w towarzystwie innego europosła wystąpił na sesji tej izby, stając w obronie agresywnej polityki Kremla, otwarcie sprzeciwiając się nałożeniu sankcji na Rosję. Jego kolega miał wówczas na sobie T-shirt w z napisem: „Krym legalnie należy do Rosji! Zakarpacie legalnie należy do Węgier!”.

 

Rosja miesza na węgierskiej prawicy

Węgierska skrajna prawica od wielu lat jest furtką, przez którą Rosja wpływa na sytuację polityczną w Budapeszcie. Wspomniany już powyżej Bela Kovacs – były skarbnik i eurodeputowany Jobbiku, oskarżony o współpracę z rosyjskim wywiadem – jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku wyjechał na studia do ZSRR. Warto odnotować, że studiował na okrytym raczej złą sława Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych (MGIMO), który jest powszechni uważany za kuźnię kadr rosyjskich służb wywiadowczych, zwłaszcza Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR). Później przez wiele lat Kovacs – raz ze swoją żoną pół-Rosjanką – mieszkał w Rosji, a na Węgry wrócił dopiero w 2003 r. Wówczas budował wokół siebie wizerunek poważnego biznesmena z międzynarodowym doświadczeniem, ale tak naprawdę nie wiadomo, czym zajmował się w okresie przed powrotem na Węgry.

Dwa lata później wraz ze swoją małżonką wstąpił do prawicowej partii Jobbik i z marszu został głównym sponsorem tego ugrupowania. Partia jeszcze wówczas nie była w parlamencie i nie otrzymywała subwencji, więc znajdowała się w trudnym położeniu finansowym. Początkowo Kovacs nie miał wielkiego wpływu na kurs polityczny Jobbiku, jednak z czasem miało się to zmienić. Stało się tak za sprawą Gabora Vony, który w 2006 r. powrócił na stanowisko szefa Jobbiku. Vona poznał Kovacsa wcześniej i kiedy objął stery partii zaproponował mu stanowisko osoby odpowiedzialnej za sprawy międzynarodowe w Jobbiku. Wówczas właśnie partia wykonała radykalny zwrot w stronę Kremla.

Dwa lata później Kovacs zorganizował Vonie specjalną wizytę w Moskwie, gdzie zresztą udał się razem z nim. Europejskie służby specjalne w 2009 r. zainteresowały się Kovacsem, który walnie przyczynił się do powołania Sojuszu Europejskich Ruchów Narodowych (AENM).

Niedługo później Kovacs trafił do europarlamentu, gdzie zastąpił jednego z deputowanych Jobbiku. W 2013 r. został nawet jednym z przewodniczących specjalnej grupy roboczej UE-Rosja. Głośnych echem w Brukseli odbiły się jego słowa, która padły w 2013 r. podczas spotkania z Rosjanami w Kaliningradzie. Otóż Kovacs miał zapytać jednego z przedstawicieli Rady Federacji FR: „Jaka jest w przyszłości możliwość, by członkowskie państwo UE rozpoczęło rozmowy akcesyjne z Unią Euroazjatycką?”. Ponadto w 2013 r. Kovacs i Vona kolejny raz wspólnie udali się do Moskwy, gdzie odbyli spotkanie m.in. z Leonidem Kałasznikowem, wiceprzewodniczącym komitetu spraw międzynarodowych rosyjskiego parlamentu.

Przez cały ten czas Kovacs był dyskretnie obserwowany przez węgierski kontrwywiad (Biuro Ochrony Konstytucji), które w 2014 r. wniosło do prokuratury materiał przeciwko politykowi. Służby specjalne twierdziły, że dysponują nagraniami wideo i audio, które stanowią dowód systematycznej pracy Kovacsa dla rosyjskich służb wywiadowczych. Wśród materiałów podobno znajdowały się także nagrania spotkań Węgra z oficerami rosyjskiego wywiadu. Węgierski kontrwywiad ustalił, że Kovacs raz w miesiącu jeździł do Moskwy, gdzie osobiście odbierał instrukcje od oficerów prowadzących i składał raporty.

Niedługo później jeden z węgierskich portali opublikował sensacyjny artykuł, którego zawartość wskazuje, że Kovacs mógł być pracownikiem rosyjskiego wywiadu nielegalnego. W materiale napisano, że dorastał on pod opieką przybranych rodziców, a jego naturalnym ojcem był Rosjanin, co skrupulatnie zatajono, fałszując akt urodzenia. Ujawniono również, że żona Kovacsa – Swietłana Istosina – w latach 70. i 80. XX wieku wielokrotnie podróżowała w przeróżne zakątki świata, co było raczej niemożliwie dla zwykłych obywateli, niezwiązanych z aparatem wywiadowczym.

 

Orban: człowiek Putina w Budapeszcie

Skrajnie nacjonalistyczna, jawnie prorosyjska, otwarcie antyzachodnia (wymierzona w Unię Europejską oraz więzi transatlantyckie) partia Jobbik nie jest do zaakceptowania dla wszystkich węgierskich wyborców o poglądach prawicowych. Poprzez swój radykalizm stawia w korzystnym świetle bardziej umiarkowaną partię Fidesz, z której wywodzi się Viktor Orban. To ugrupowanie również nacjonalistyczne, konserwatywne, antyzachodnie i prorosyjskie, jednak nie stawiające niektórych spraw aż tak ostro jak robi to Jobbik.

Na gruncie Realpolitik uprawianej przez Orbana sympatia dla gospodarza na Kremlu jest bardzo widoczna. Żaden z przywódców europejskich państw nie spotyka się z Władimirem Putinem tak często jak Viktor Orban.Przekłada się ona na realne interesy gospodarcze, dotyczące przede wszystkim zakupu surowców energetycznych czy rozbudowy węgierskiej elektrowni atomowej.

Węgierski premier od lat pełni wręcz rolę ambasadora interesów rosyjskich w Unii Europejskiej, nie zważając na agresywną, neoimperialną politykę Kremla. W europejskich i światowych mediach regularnie publikowane są nagłówki dotyczące stosunku Orbana do prezydenta Rosji. Dzięki Orbanowi Putin może pokazywać, że pomimo chuligańskiej polityki, nie jest zupełnie izolowany w Unii Europejskiej.

Wszystko to budzi duże zaniepokojenie nie tylko wśród bezpośrednich sąsiadów państwa węgierskiego, ale w większości europejskich stolic. Szczególne powody do zmartwienia mają jednak te państwa, które potencjalnie mogą stać się kolejnym celem rosyjskiej agresji, nie tylko zbrojnej.

easternflank.pl